Saloniki to drugie po Atenach, największe miasto Grecji. Daleko mu co prawda do zatłoczonych kurortów turystycznych, ale jest to raczej plus, niż minus. Większość atrakcji leży tu blisko siebie, dlatego nie trzeba odchodzić zbyt daleko od centrum, żeby zobaczyć to, co zobaczenia jest warte. A jest to aż dwanaście starożytnych zabytków z listy UNESCO, zgrabnie wkomponowanych w zabudowę miasta.
Zwiedzając Saloniki warto uwzględnić też nierówne ukształtowanie terenu. Zamiast rozpoczynać wędrówkę od nadmorskiej promenady, lepiej wspiąć się na najwyżej położony punkt miasta — do Twierdzy Eptapyrgion w Ano Poli — a następnie skierować się ku dołowi, w stronę Morza Egejskiego.
Port narodzin imperium. Skąd wzięły się Saloniki?
Saloniki zostały założone w 315 roku p.n.e. przez króla Macedonii Kassandrosa, a ich nazwa pochodzi od imienia żony króla i przyrodniej siostry Aleksandra Wielkiego — Thessaloniki. Dzięki strategicznemu położeniu nad Zatoką Termajską miasto szybko stało się ważnym ośrodkiem handlowym i kulturowym, a następnie przez wieki rozwijało się jako port, łącząc Grecję z resztą śródziemnomorskiego świata. Historia Salonik sięga już czasów Bizancjum, kiedy to miasto ustępowało rangą jedynie Konstantynopolowi. Wówczas pojawiły się tu budowle, takie jak Rotunda, Bazylika Świętego Dymitra czy Łuk Triumfalny Galeriusza, a także kościoły, widniejące dziś na liście UNESCO.
Marmur, parasolki i freddo espresso
Dawna dzielnica handlowa Ladadika, gdzie niegdyś unosił się zapach składowanej oliwy, dziś pachnie luksusowymi perfumami i świeżo parzoną kawą. Wieczorami przeobraża się w jedną z najmodniejszych i najbardziej energetycznych części Salonik. I nie bez powodu, bo głośna muzyka gra tu do późnej nocy. Ladadika pełna jest też shisha barów, tawern z kuchnią grecką (i obłędnym freddo espresso) oraz dyskotek z fantazyjnymi koktajlami — czyli tego, czego na wakacjach potrzeba. Rozpoznawalnym elementem miasta jest również instalacja artystyczna „Parasolki” George’a Zongolopoulosa, położona nad brzegiem Morza Egejskiego. Zachwyca prostotą, a przy tym idealnie wpisuje się w leniwy krajobraz Salonik.
Charakterystycznymi zabytkami z czasów rzymskich są z kolei IV-wieczny Pałac Galeriusza i Łuk Triumfalny, wzniesiony na cześć cesarza i jego zwycięstw militarnych. Na terenie ruin znajduje się także Rotunda, która pierwotnie miała być mauzoleum, ale została przekształcona w kościół, a następnie w meczet.
W ramach przerwy od eksplorowania salonickich zabytków, warto wybrać się na spacer po nowoczesnej promenadzie Nea Paralia, rozciągającej się wzdłuż wybrzeża. To doskonała przestrzeń do uprawiania sportów lub odpoczynku z widokiem na Morze Egejskie — nie zaskakuje więc, że w ostatnich latach stała się ulubionym miejscem turystów oraz mieszkańców. Ważnym elementem promenady jest też pomnik Aleksandra Wielkiego, jednego z największych wodzów starożytności o macedońskich korzeniach.
Idąc dalej, mijamy 34-metrową Białą Wieżę — dziś Muzeum Sztuki Bizantyjskiej — oraz Eptapyrgion — obronną twierdzę, górującą nad miastem. Niedaleko jest jeszcze Plac Arystotelesa, zaprojektowany przez francuskiego architekta Ernesta Hébrarda na początku XX wieku. To ulubiony punkt spotkań mieszkańców ze względu na lokalne restauracje, pełne greckich specjałów, takich jak tzatzyki czy bougatsa — ciasto wypełnione kremem waniliowym lub serem. Zwiedzanie Salonik warto wzbogacić też o wizytę w rzymskiej Agorze z dobrze zachowanymi fragmentami kolumn, portykami oraz starożytnymi cysternami.
Lekcja greckiej radości. Dlaczego do Salonik się wraca?
Wizyta w Salonikach to nie lekcja historii pod gołym niebem — to nauka celebracji życia. A żeby się o tym przekonać, należy tu przyjechać. Zjawiskowe bizantyjskie mozaiki najlepiej prezentują się bowiem pośród gwaru rozmów w oparach mocnego espresso, serwowanego w kawiarniach, gdzie czas odmierza się nie zegarkiem, a kolejnymi filiżankami kawy. Opuszczając nabrzeże z widokiem na pomnik Aleksandra Wielkiego, warto zabrać ze sobą nie tylko piękne zdjęcia, ale i wspomnienia smaku bougatsy o poranku. A także poczucie, że w Salonikach każda ulica ma do opowiedzenia historię, której chce się słuchać bez końca. Wracać trzeba więc nie po to, by odhaczyć kolejne zabytki, ale by po raz kolejny poczuć macedońskie kefi — ducha radości, pasji, entuzjazmu i absolutnego braku pośpiechu.
Tekst i zdjęcia: Klara Krysiaka
























